KAŻDEGO DNIA MOŻNA ZOBACZYĆ, PRZECZYTAĆ, USŁYSZEĆ COŚ, CO MOŻNA OBŚMIAĆ... ALBO NAD CZYM ZAPŁAKAĆ
sobota, 01 sierpnia 2015

Czas na zmiany. "A ja słyszała..." znudził mi się.
Ale gadanie w sieci absolutnie nie. Teraz mówię co myślę tu:

http://subiektywnekomentarze.blogspot.com/

 

 

11:38, zante62
Link Komentarze (2) »
środa, 24 czerwca 2015

- A ja słyszała…

- Mówi się „słyszałam”.

- A ja słyszała, że prokuratura ma się zająć wystrojem wnętrza gabinetu Prezydenta Słupska, Roberta Biedronia.

- No co ty? Musiałaś coś źle podsłuchać. Prokuratura nie zajmuje się dizajnem.

- Ryszard Nowak z Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą powiedział, że złożył wniosek do prokuratury, żeby do gabinetu w Ratuszu zajrzeć i zrobić tam trochę porządku, bo Robert Biedroń sobie nie radzi z tym wystrojem czy coś…

- Ale wymyślasz!

- Ja nic nie wymyśliła. Prezydent Słupska zdjął ze ściany w swoim gabinecie portret papieża, Jana Pawła II i to pana Nowaka bardzo boli. Mówi, że jak portret papieża nie wisi w gabinecie Prezydenta to on odczuwa obrazę osobistych uczuć religijnych.

- A Ryszard Nowak często przychodzi do gabinetu Roberta Biedronia?

- W gabinecie to chyba w ogóle nie był, ale w piwnicy Ratusza musiał siedzieć kilka dni, bo wie, że tam portret papieża był przechowywany zanim trafił do Kościoła Mariackiego w Słupsku.

- To chyba dobrze, że portret Jana Pawła II wisi w kościele. To najlepsze miejsce dla wizerunku świętych, bo kościół to miejsce modlitwy, oddawania czci…

- Ja sobie pomyślała, że pan Ryszard Nowak to by wolał modlić się jednak w gabinecie Prezydenta Biedronia.

- No co ty! Ratusz to budynek użyteczności publicznej. Tam jest siedziba władz samorządowych.

- Pan Nowak jednak uważa, że obraz został znieważony. I dlatego poprosił prokuraturę, żeby pomogła Prezydentowi Słupska w urządzaniu miejsca, w którym pracuje. Ale jest gotowy nie trudzić prokuratury, jeśli Robert Biedroń bieguchem poleci do kościoła, zabierze portret papieża i znów udekoruje nim ścianę w swoim gabinecie.

- A jak Prezydent Słupska nie będzie chciał?

- A to ja już nie wiem czy znajdzie się w słupskiej prokuraturze jakiś dekorator wnętrz i przekona pana Biedronia do zmiany upodobań. W ostateczności można w Słupsku rozpisać referendum czy mieszkańcy wolą chodzić modlić się do Ratusza czy do kościoła. Jakby woleli gabinet Prezydenta, to ja myślę, że Robert Biedroń jest tak otwarty na potrzeby Słupczan, że zgodzi się zamienić miejscami. Z kościołem.



20:03, zante62
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

Bardzo mi Ciebie brakuje, Tatusiu...  

23:43, zante62
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 czerwca 2015

- A ja słyszała…

- Mówi się „słyszałam”.

- A ja słyszała, że 4 czerwca było Święto Bożego Ciała.

- Bardzo dobrze słyszałaś. To radosne i dziękczynne święto kościelne.

- No co ty? Radosne? Ja widziała w TV takie smutne i rozeźlone twarze kardynałów i biskupów.

- To na pewno jest pogodne święto! Dziewczynki w białych sukienkach sypią kwiatki, jest ślicznie, uroczyście, podniośle…

- No podniośle było bardzo. Księża czasem głos podnosili, a czasem grzmieli.

-Aaaaa, to pewnie takie wrażenie, bo do mikrofonów mówili.

- No mikrofony też mieli …

- I dzięki temu wszyscy mogli dokładnie usłyszeć.

- No ja dobrze wszystko słyszała i już wiem co to za święto.

-To Święto Ciała i Krwi Pańskiej, dla upamiętnienia Ostatniej Wieczerzy i Przeistoczenia chleba i Wina w Ciało i Krew Jezusa Chrystusa.

- Eeee…. Chyba nie.

- No jak to nie?! Nie kompromituj się!

- Może i ja się komp…, kopr…, no może sobie tam coś robię, ale ja słyszała, że to święto jest po to, żeby ludzie za miasto w niedziele nie wyjeżdżali albo do centrów handlowych nie chodzili.

- Nie no… to tylko tak przy okazji abp Gądecki wspomniał.

- Może i tak. To w takim razie to Boże Ciało jest po to, żeby ludzie się nie próbowali rozmnażać przez to in vitro, bo to jest niemoralne i zabija ludzi. Ja tam nie wiem, ale w bloku obok mnie jest taka mała dziewczynka, śliczna i mądra i ona jest całkiem żywa i się urodziła z tego in vitro. I z tego co ja słyszała, to nie ma obowiązku z tego in vitro mieć dzieci. Jak ktoś nie chce, to nie musi. Ale niektórzy chcom.

- Mówi się „chcą”.

- No przecież mówię, że niektórzy chcom, ale już niedługo to sobie będą mogli chcieć tylko.

- Ojej! Kardynał Dziwisz mówił też tak tylko przy okazji o tym in vitro.

- Acha. A to ja już wiem po co jest to Boże Ciało. Dla ratowania Europy!!

- Jak dla ratowania Europy? Co ty gadasz?

- No tak! Kardynał Nycz wyraźnie mówił, że jak ludzie będą żyli bez ślubu, za to będą się mogli odwiedzać  w szpitalu i razem rozliczać te kity czy pity czy nawet dziedziczyć po sobie bez podatku to Europa się rozpadnie. Ja co prawda nie ogarnęła czemu ludzie, co z sobą mieszkają bez ślubu, mogą nam Europę rozwalić, a ci ze ślubem to już absolutnie nie.

- W tym roku tematem przewodnim obchodów Bożego Ciała była rodzina, więc Kardynał tak tylko napomknął…

- No napomknął też, że się martwi, że w Irlandii mogą być zawierane związki partnerskie. Ja się też martwię o tę Irlandię.

- Kardynał Nycz nie martwi się o Irlandię tylko o to, że w Polsce może też do tego dojść.

- Do czego? Że te związki partnerskie będą? Przecież są! Tu u mnie na piętrze mieszka takich dwóch przystojniaków. Ale tylko jeden umiał mi wymienić uszczelkę pod zlewem, wiesz?

- No właśnie! O tym mówił Kardynał!!

- No co ty?! O mojej uszczelce?

- Aleś ty głupia! O związkach partnerskich ludzi tej samej płci!

- W sumie to masz rację. Dwóch facetów, a tylko jeden zna się na uszczelkach. Co za marnotrawstwo! Ale najważniejsze, że ja już zrozumiała czemu we czwartek było wolne od roboty.

 

P.S. Wróciłam do dawno zarzuconej formy dialogu, od której wzięła się nazwa bloga. Jak ktoś ma ochotę poczytać wcześniejsze wpisy, w których rozmawia mądra z głupią ;-))) to zapraszam do archiwum od kwietnia 2012 do lutego 2013.



21:43, zante62
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 maja 2015

Ta rozmowa nigdy się nie odbyła. W każdym razie nie z jednym, potencjalnym pracodawcą. Jest zlepkiem argumentów, którymi prawdopodobnie rządzi się rynek pracy. I to nie cały, ale jego wycinek, w którym kobieta w wieku 50+ szuka pracy. Nie składa ofert na wysoko specjalistyczne stanowisko. Jednak nie jest to praca typu składanie długopisów albo niania. Chce pracować na stanowisku, o którym wie, że jest w stanie mu sprostać intelektualnie i fizycznie.
Hipotetyczny menedżer w firmie, bądź firmy właściciel to człowiek w wieku 25-40 lat. Wykształcony, osiągający sukcesy dzięki swojej ciężkiej pracy, zaangażowaniu, dla którego praca jest bardzo istotnym elementem życia. Kariera zawodowa jest dla niego bardzo ważna, a czasem dominująca w życiu.

- Gdy kobieta 50+ wysyła swoje c.v. menedżer odrzuca je, gdy tylko odczyta wiek kandydatki. W zdecydowanej większości nawet nie zaprasza jej na rozmowę. Dlaczego?
- No wiesz, ten wiek…
- Ale, że co? W wieku twojej mamy, tak?
- No właśnie.
- Znaczy starsza pani?
- Nie! No co ty! Moja mama świetnie się trzyma… no w sumie to masz rację, dała by radę na tym stanowisku z powodzeniem. Jakoś tak odruchem poleciałem.
Menedżer jednak nadal ma minę nieprzekonanego.
- Może myślisz, że doświadczeniem zawodowym cię przyćmi?
- No nie wykluczam…
- A młodej ambitnej, jak ty nastawionej na sukces 25-latki nie powinieneś bardziej się obawiać?
- Jak tak się zastanowić, to pewnie tak… hmm
- Domyślam się, że każda babka 50+ już niewystarczająco atrakcyjna, a miło zawiesić oko, prawda?
- Wiesz jest mnóstwo ekstra babek w tym wieku, ale na okładkach pism i w filmach, ale takich zwyczajnych to chyba nie ma…
- Znaczy sądzisz, że kobieta 50+ chodzi w spódnicy za kolana, na gumie i z cyckami do pasa? W dzisiejszych czasach i taka, która stara się o pracę?
- No nie, nie. Pewnie nie wszystkie…
- No to dlaczego nie chcesz sprawdzić i zobaczyć kto kryje się za tym c.v.? Myślisz stereotypami? Ty, nowoczesny biznesmen, wizjoner w swojej branży?
- To nie tak… no dobra, nie zastanawiałem się nad tym.  Ale wiesz jednak z wiekiem łączą się już dolegliwości, choroby, a co za tym idzie nieobecności w pracy.
- Jasne. Młoda kobieta nie choruje. Co najwyżej zostanie mamą. No i czasem może sobie nogę złamać, bo na rolkach jeździła w weekend.
- OK. Zgadzam się. Ale wiesz zatrudnię taką kobietę 50+, a potem będę się z nią bujał jak wejdzie w wiek przedemerytalny i nie będę mógł jej zwolnić.
- No jasne, jasne. Chcesz mi powiedzieć, że przez najbliższe 10 lat będziesz tkwił na tym stanowisku? Nie awansujesz? Sam nie zmienisz pracy? Masz pewność, że ty sam będziesz przez najbliższe 10 lat miał pracę?
- No niby racja…
- Więc jak? Zaprosisz na rozmowę tę 50+ ?
- No zobaczymy, zobaczymy … mam dużo ofert od młodych ludzi.

Mogłabym tak jeszcze ciągnąć bardzo długo.  Odechciało mi się.
Niech mi tylko ktoś wyjaśni jak to jest: młodzi ludzie są wielkimi zwolennikami pracy do 67 roku życia dla kobiet i mężczyzn. Uważają, że to będzie sprawiedliwość społeczna, bo to młodsze pokolenie składa się na emerytury dla starszego. Uważają, że współcześnie z powodzeniem ludzie mogą pracować do wieku 67-miu lat. Ale za cholerę nie chcą ich zatrudniać. To co mają z sobą robić ludzie w wieku 50+ przez najbliższe 17-15 lat? 

23:45, zante62
Link Komentarze (4) »
środa, 06 maja 2015

Zostało kilka dni do wyborów prezydenckich. Kandydatów mamy sporo. Myślę, że niewielu potencjalnych wyborców jest w stanie wymienić wszystkie 11 nazwisk. Nawet nie wspomnę o programach kandydatów.

Dla pewnej grupy wyborców ważne jest jak Prezydent RP będzie wyglądał. Znaczy co? Jak się będzie prezentował na wspólnych zdjęciach z prezydentami innych państw? Dla innej grupy ważne z jakiej partii kandydat się wywodzi albo, która partia się do kandydata przyznaje. Czyli nieważne czy samodzielnie myśli? Ważne czyje poglądy wygłasza?

Wybory prezydenckie w Polsce są czteroprzymiotnikowe, co oznacza, że są bezpośrednie, powszechne, równe i tajne. Czytając prasę, komentarze, słuchając wypowiedzi często odnoszę wrażenie, że dla wielu wyborców ostatni przymiotnik ma inne, głębsze znaczenie. Wybory są tak tajne, że wyborcy nie wiedzą co właściwie będzie robił człowiek, który prezydentem zostanie.  Może warto skupić się czy wybrany przez nas kandydat sprosta obowiązkom, bo Prezydent RP uosabia państwo i naród.
Prezydent reprezentuje Polskę na arenie międzynarodowej. Nie znaczy to, że nasz ma być najładniejszy. Najładniejsza też niekoniecznie. Nawet jeśli dzisiejszy kandydat nie zna protokołu dyplomatycznego dobrze by było, gdyby miał łatwość uczenia się.
Jest Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Nie oznacza to, że musi umieć strzelać albo z radością tapla się w błocie okopów. Niechaj będzie odpowiedzialnym, zrównoważonym człowiekiem.
Posiada prawo „weta” wobec każdej ustawy. Ważne, by nie było dla niej/dla niego najważniejsze jakie ugrupowanie polityczne jest autorem inicjatywy ustawodawczej. Prezydentowi potrzeba rozsądku i obiektywizmu.
Moim marzeniem jest, by mój Prezydent był neutralny światopoglądowo, nie manifestował swojej wiary. Czułabym satysfakcję, gdyby miał szerokie horyzonty.  Chciałabym, by rozumiał wiele aspektów życia zwykłego Polaka-szaraka, ale jednocześnie pojmował meandry światowej polityki. Niechby umiał myśleć w szczególe i globalnie.

Kończąca się kampania wyborcza  nie niesie odpowiedzi na moje pytania. Pójdę na wybory, korzystając ze swojego prawa powszechności i równości. Zagłosują bezpośrednio, osobiście. Zrobię to anonimowo. Jednak mój wybór będzie nie tylko czteroprzymiotnikowy, ale też przysłówkowy – w ciemno.



20:01, zante62
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 30 marca 2015

zdj. z polskieradio.pl 
Ogromne ssaki morskie, orki, jako jedyne zwierzęta na świecie, przechodzą menopauzę. Rozmnażają się do 40 lat, potem wchodzą w okres przekwitania i żyją często do dziewięćdziesiątki. Czyżby natura była tak bezmyślna, że ponad połowę życia orka marnuje bezproduktywnie? Ależ natura jest mądra nad wyraz. Stare orki, które już przekazały ile się dało genów nowemu pokoleniu, stają się przewodniczkami stada. Niezastąpionymi. Doświadczone nad wyraz, z wyrobionym instynktem opieki i ochrony, potrafiące zdobywać pożywienie, umiejące unikać zagrożeń, jak żadne inne nadają się na przewodników. Stare samice cieszą się szacunkiem i posłuchem w stadzie, bo bez starej orki grupa by nie przeżyła.

Naukowcy badający zachowania tych wodnych ssaków uznali, że ludziom wcale nie tak daleko do orek, a menopauza nie jest naszym wynalazkiem. Mało tego! Uczeni z uniwersytetu w Exeter twierdzą, że menopauza „może być kluczowa dla przetrwania gatunku” oraz „to także oznacza, że starość jest dla społeczności nie obciążeniem, a dobrodziejstwem” (Newsweek Polska, Nr 12/2015, Katarzyna Burda).

 Hmmm … przyszło mi do głowy, że orki jako społeczność wykazują się większą inteligencją niż ludzie. W każdym razie u nas. Bo u nas menopauza jest dyskwalifikująca, wymazująca przydatność do czegokolwiek. W każdym razie na rynku pracy.
Stać nas na takie marnotrawienie doświadczenia, życiowej mądrości, zrównoważenia emocjonalnego, wiedzy, umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach?

Tak sobie myślę, że może to dlatego, że stare orki nie mają zmarszczek.



00:07, zante62
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 09 marca 2015

Dziś enigmatycznie, pewnie niezrozumiale, dziwnie, trochę filozoficznie…
Możliwa jest przyjaźń przez Internet? Możliwe jest nawiązanie więzi  emocjonalnych z ludźmi, których nigdy się nie widziało? Czy czyjeś losy mogą poruszać w nas najczulsze nerwy, skoro nigdy nie spojrzeliśmy człowiekowi w oczy? Czy myśl, że najchętniej pobiegłoby się do pociągu, na lotnisko, by odnaleźć kogoś schowanego za nickiem i go przytulić w ciężkich dla niego chwilach, jest absurdem?

Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na żadne z pytań, które postawiłam.
Mój racjonalny umysł chichocze do rozpuku. Ale nie umiem się z nim śmiać, bo nieustannie myślę o kimś, kogo nigdy nie widziałam, kto jest bardzo daleko, kto jest chory, kto cierpi … Nie bój się Babo!

P.S. Baba to nie nick. Ani imię. Ale Ona wie, że to o Niej.



20:30, zante62
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 lutego 2015

Nie znam się na sztuce. Całkiem się nie znam. I na żadnej.
Nie umiem powiedzieć czy coś jest dziełem w swoim gatunku czy jest kiczem. Nie znam nazwisk wielkich artystów, tytułów ich dzieł. Nie wiem co człowiek znać powinien, co jest kanonem, co absolutną podstawą. No taki ze mnie ograniczony prościuch.

Są takie obrazy, piosenki, zdjęcia, filmy, książki, wiersze, które robią na mnie wrażenie, zapadają w głąb, nie mogę przestać o nich myśleć, wracam do nich po kilka razy, przypatruję się raz jeszcze, wsłuchuję w jakiś fragmencik, powtarzam i zapisuję cytaty. To są moje dzieła. A to wcale nie oznacza, że są to wytwory twórców powszechnie uznawanych za artystów. Oni dla mnie są artystami.

Dziś obejrzałam „Idę”.
Wbiło mnie w fotel … wszystko. Obie Agaty, obraz zszarzały do bólu, dźwięk saksofonu… Długo będę wygrzebywać ze swojej głowy dręczącą myśl o tym, jak ważne dla człowieka jest znać swoje korzenie i jak trudno z tą prawdą o sobie żyć. Czasem łatwiej nie żyć.



00:43, zante62
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 lutego 2015

z lekka ciągnąc nogami. Wprawdzie coraz sprawniej i szybciej, ale jednak człapię. W ten sposób się przemieszczam.
Daję już radę ugotować obiad, ogładzić mieszkanie, ale człapię przy tym. Nadal, gdy mi coś spadnie (a spada mi teraz więcej przedmiotów – ciekawe czemu?) mogę to coś podnieść tylko, gdy spadło w pobliżu mebla, na którym będę się mogła oprzeć dźwigając się z przysiadu. Bo pochylanie się, jak każdy normalny człowiek, jest dla mnie jeszcze niedostępne.  Gdy spada mi coś na otwartej przestrzeni muszę prosić o pomoc. Z tego samego powodu wymiana wody w misce psa jest poza moimi możliwościami.
Wymyśliłam w co mogę się ubrać, by wyjść na spacer. Nie było to takie proste, bo znalezienie kompromisu między:  ubierz się ciepło – nie wyglądaj jak kloszard – zmieść pod ubraniem pas ortopedyczny okazało się dużą sztuką. Jednak zapięcie kozaczków już jest poza zasięgiem i potrzebuję pomocy.
Wreszcie siedzę przy laptopie w pozycji, którą zalecają ortopedzi: przy stole, z rękami opartymi o blat, siedząc prosto na krześle z oparciem. Niedostępna jest dla mnie moja, do niedawna, ulubiona pozycja półleżąca z laptopem na kolanach.
Mogłabym tak mnożyć opis zwyczajnych czynności, które od kilku tygodni stały się dla mnie niezwyczajne. Uświadomiłam sobie jak łatwo stać się uzależnioną od innych, mieć ograniczenia w tych obszarach, na które wcześniej w ogóle nie zwracało się uwagi.
Mam nadzieję, że za parę tygodni całkiem dojdę do siebie i zanim starość zajrzy mi w duszę, w kości i stawy na dobre, jeszcze poczuję niezależność i tak po prostu zawiążę buty i podniosę upadającą książkę. Ciekawe jak długo będę pamiętać, żeby nie rzucać w przestrzeń „kurwa mać” z powodu upadającego przedmiotu, ale cieszyć się, że mogę go po prostu podnieść.



wtorek, 10 lutego 2015

Ale mnie długo nie było!

Mam nadzieję, że ktoś tęsknił ;-))

A nie było mnie wcale nie dlatego, że nic się nie działo. Także nie dlatego, że mnie to nie interesowało. Znaczy... no niewiele rzeczy mnie ostatnio interesowało poza własnym ciałem.
No nie, nie.... spokojnie. Nie miałam sesji w Playboyu ani nie robiłam operacji plastycznych. Znaczy... robili mi operację, ale bynajmniej nie upiększającą. W każdym razie na dziś, tj. trzy tygodnie po tych zabiegach bynajmniej nie jestem piękniejsza. Szczególnie na brzuchu. Nie mogę całkiem wykluczyć, że chirurg dokonujący operacji jest z siebie bardzo dumny i uważa, że zrobił mi najpiękniejszy splot. Nie mniej w konkursie tańca brzucha startować nie będę.

Jako, że takie długotrwałe skupienie na samej sobie to dla mnie wielka nowość to i zaszły pewne trwałe zmiany w moim oglądzie świata i ludzi. Nabrałam też dystansu do zjawisk i zachowań. Skutkiem tego częściej natraficie tutaj na takie sobie gadanie niż kpinę i żart ze spraw publicznych. Zwyczajnie mi się znudziło tropienie absurdów. Znaczy ... tak całkiem to chyba nie;-)). Wszak kampania prezydencka w toku. Będzie wesoło i na pewno nie zwytrzymam.

19:05, zante62
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 grudnia 2014

Ze mnie to jest jednak głupol jakich mało.

Gdy we wrześniu ruszyła kampania wyborcza z dużym zainteresowaniem przyjęłam informację, że poseł Robert Biedroń został oficjalnym kandydatem na Prezydenta Słupska. W jednym z wywiadów zadeklarował, że jeśli zostanie wybrany pierwszą decyzją będzie zlikwidowanie prezydenckiej limuzyny. Powiedział: „W tak biednym mieście jak Słupsk nie stać nas na to, aby prezydent miasta tak spore kwoty wydawał na transport swojej osoby limuzyną z kierowcą i dawał zły przykład mieszkańcom”. Dalej mówił o tym, że chciałby, by mieszkańcy bezpieczne poruszali się pieszo, więc naprawi połamane chodniki. Chciałby też stworzyć możliwości wygodnego przemieszczania się Słupczan na rowerach, tworząc ścieżki rowerowe, w tym tę najważniejszą, 20-to kilometrową, do morza. Podkreślał, że ścieżki rowerowe przyciągną turystów, a wraz z nimi pieniądze. Czytając program Roberta Biedronia nawet trochę mnie rozbawiło, że poseł ma jakąś manię komunikacyjną, ale musiałam w duchu przyznać, że to bardzo pożyteczna mania, bo w jego programie ważne miejsce zajęła obietnica wybudowania także porządnej drogi łączącej Słupsk z pobliską Ustką, która będzie podstawą realizacji idei dwumiasta. No i złożył deklarację poszukiwania inwestorów budowy dobrego kolejowego połączenia Słupska z resztą kraju.

Gdy w niedzielę, 30 listopada ogłoszono, że Robert Biedroń został Prezydentem Słupska pierwszą moją myślą było, że Słupczanie dali się przekonać i chcą dać szansę młodemu, wykształconemu człowiekowi, który ma konkretne propozycje, a nade wszystko niesie nadzieję na unowocześnienie miasta.

A dzisiaj poczytałam komentarze i już wiem, że głupol ze mnie.
Bo ja myślałam, że Słupczanie wybrali Roberta Biedronia dlatego, że jego idee fixe jest otwarcie miasta, przyciągnięcie inwestorów i turystów. Okazało się, że Robert Biedroń zdobył 57,08 % głosów, miażdżąc przeciwnika z PO, nie dlatego, że wolność i równość ludzi jest dla niego priorytetem, nie dlatego, że podczas swojej pracy w Sejmie wykazał się ogromną pracowitością  i zaangażowaniem.


Fronda.pl mnie oświeciła, że dla Słupczan najważniejsze jest, by homoseksualiści mogli zawierać związki małżeńskie, by mogli adoptować i wychowywać dzieci.
I stąd to zwycięstwo Roberta Biedronia.



poniedziałek, 03 listopada 2014

Wybory się zbliżają. Kampania mało barwna. Prawie niewidoczna. Nudna po prostu.

Do dziś.

Kandydatem PiS na prezydenta Skierniewic był Dariusz Seliga. Był. Ale już nie jest. Jak podaje Newsweek decyzją Jarosława Kaczyńskiego kandydat został usunięty z listy. Prezesowi Kaczyńskiemu podsunięto zdjęcie Dariusza Seligi, na którym kandydat na prezydenta Skierniewic ściska dłoń prezydenta Komorowskiego. No zwyczajnie, na legalu, podczas uroczystości obchodu Święta Wojska Polskiego, panowie podają sobie dłonie. Masakra, prawda? Ten haniebny czyn złamał ładnie zapowiadającą się karierę polityczną posła Dariusza Seligi.

Skoro taki  gest – uścisk dłoni Prezydenta RP – potrafi  zmienić czyjeś życie, to uprzejmie donoszę, że jest po sprawie: Jarosław Kaczyński nie będzie startował w przyszłorocznych wyborach do Sejmu.


Foto pochodzi z wp.pl

czwartek, 09 października 2014

Mamy darmowy podręcznik dla pierwszoklasistów. Jak podkreśla szefowa MEN, Joanna Kluzik-Rostowska jest uniwersalny w swych treściach. Ma opierać się na znanych dziecku obrazach i relacjach, a jego istotą jest uniwersalność przekazu. Ma być podstawą nauki czytania i pisania dla wszystkich polskich dzieci, wszystkich wyznań, bezwyznaniowców, o białej skórze i czarnej też.
Sprzeciw wobec treści i wielką krytykę darmowego podręcznika wyraził Episkopat. Stąd wniosek, że minister Kluzik-Rostowskiej udało się rzeczywiście stworzyć podręcznik uniwersalny.
Stanowisko Episkopatu wyraził biskup Marek Mendyk. Dużo mu się nie podoba w tej książce. Oj dużo!
I ja się nie dziwię!
No tak z ręką na sercu, Pani minister: widział to kto, żeby wokół stołu zasiadała rodzina ślimaków? Tata ślimak, mama ślimak, dzieciątka obślizgłe. Czym niby taki ślimak ma się przeżegnać przed posiłkiem, co?
W innym miejscu, wprawdzie ludzie obchodzą święta Bożego Narodzenia, ale choinkę ubierają, przygotowują prezenty, pierogi lepią i czekają na tę magiczną pierwszą gwiazdkę i co? Ano koniec opowieści! Autorka tekstu urwała go przed punktem kulminacyjnym! Nie ma opisu dzielenia się opłatkiem! Naprawdę hańba Pani minister. Że nie wszyscy w Polsce dzielą się opłatkiem 24 grudnia? No właśnie! A powinni! Wprowadziła Pani radosne oczekiwanie na co? Na prezenty! Biskup podkreśla, że w wielu miejscach podręcznika podobny konsumpcjonizm się wylewa. A opłatka nie ma.
„Dziecko poznaje pewne rytuały, myśli, że bawi się, a nieświadomie, małymi krokami zostaje wprowadzane w bardzo niebezpieczną przestrzeń magii i okultyzmu”powiedział sprawozdawca stanowiska Episkopatu (cytaty za newsweek.pl).
Biskup Mendyk zwraca uwagę, że w czytankach całkiem wykrzywiona jest rola ojca w rodzinie. W „Elementarzu” tata pomaga odrabiać lekcje, rysować, ogląda z dzieckiem fotografie i takie tam, a ojciec ma też inne, ogromnie ważne funkcje do spełnienia, które zostały pominięte. I to, zdaniem biskupa, jest bardzo naganne. Ja też tak uważam. Czy autorka nie mogła choć jednej, maleńkiej czytaneczki zrobić o tym jak tata wraca po pracy i kładzie się na kanapie? Albo chociaż akapicik, że ciut na bańce, z paskiem w ręku każe pokazywać zeszyty? No właśnie! Ale nie! Minister Kluzik-Rostowska, wraz z Marią Lorek, autorką „Elementarza” uparły się, żeby katechetom życie utrudniać. Katecheci teraz będą musieli „przygotować materiał, który będzie pokazywał prawdziwy, nie idealizowany, obraz rodziny”- powiedział biskup Mendyk i dodał: Trzeba uwrażliwiać katechetów, żeby podejmowali zadania, które będą uzupełniały to, czego zabrakło na tym pierwszym etapie edukacyjnym”
Trzeba przyznać, że przed katechetami huk roboty. Apeluję o specjalne premie dla katechetów. Nie muszą się nazywać dodatek za ciężkie warunki pracy. Można jakoś łagodniej. Kluzikówki?

 



sobota, 30 sierpnia 2014

Dziś szczególnie czuję dumę, że jestem Polką.

20:04, zante62
Link Komentarze (11) »
wtorek, 29 lipca 2014

Co to Ikea każdy wie. Taka wielka sieć handlowa z meblami, wyposażeniem, zabawkami. Wszystkiego mają tak dużo, że… aż sprzedają.

Niedawno pojawiła się tam nowa zabawka. Z serii bajki świata. Powstała jako udział Ikei w corocznej kampanii charytatywnej „Pluszaki dla edukacji”. Z każdej sprzedanej sztuki 1 euro zostaje przeznaczone na rzecz dzieci dotkniętych biedą i wykluczeniem w krajach Afryki, Azji i Europy Środkowo-Wschodniej. Szczytny cel i to jeden z wielu, w jakich ta sieć handlowa bierze udział.

Od dawna są w Ikei pluszowe owoce, warzywa i inne jedzonka, które można …kroić pluszowym nożem. W rzeczywistości oczywiście nikt niczego nie tnie, a na ten przykład jabłko można rozłożyć na dwie połówki, połączone do chwili „cięcia” zwykłym rzepem.

Jak większość ikeowskich zabawek i ta nowa, bajkowa jest „interaktywna”. I wcale nie chodzi o to, że naładowana elektroniką. Wręcz przeciwnie. Jest to pluszak, ale tak pomysłowo zrobiony, że można go składać, rozkładać, zlepiać i dzielić.

Tym razem jednak pomysłowy pluszak wywołał falę krytyki, protesty, żądanie wycofania ze sprzedaży. A wszystko dlatego, że ta zabawka to postać z bajki „Czerwony Kapturek”. Pluszowy wilk trzyma w paszczy babcię. „Interaktywność” zabawki polega na tym, że babcię można przeciągnąć przez przełyk wilka, następnie rozpruć wilczy brzuch i babcię uwolnić.

Wilk z babką (zdjęcie z gazeta.pl)

(zdjęcie za wyborcza.pl)

Można podyskutować czy dziecko koniecznie musi się bawić w proces trawienia babci. Ale może.

Wiele dzieci zna „Czerwonego Kapturka” braci Grimm, wielu rodziców czyta dzieciom inne bajki tych „krwawych” autorów, wielu wydawców ciągle wznawia druk książek autorstwa braci, tworzących na przełomie XVIII i XIX wieku. Nie znaczy to, że dzieci muszą znać te bajki, a rodzice muszą kupować książki. Nie ma więc także przymusu kupowania pluszowego wilka, z nie mniej pluszową babcią w przełyku.

Jednak znaleźli się oburzeni rodzice, którzy donieśli do Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”, że Ikea promuje przemoc wobec zwierząt ucząc jak się nad wilkami znęcać oraz instruując co można zrobić z wkurzającą babcią: podać ją na śniadanie wilkowi, a następnie, w okolicach obiadu litościwie babcię uwolnić, co by nalepiła jednak pierogów i nastawiła naleweczkę na wiśniach.

Drogie Mamunie, Tatulkowie kochani, Babunie umiłowane i Dziadziusiowie niezastąpieni!

Jak nie chcecie, to nie kupujcie pluszowego wilka z babcią. Nie ma przymusu! Ale pozostawcie wybór innym.

Podobnie jak inni, rzucający się do obrony całego świata, przed laicyzacją, bezbożnictwem, antykoncepcją, aborcją czy popalaniem marihuany. Dajcie żyć innym jak chcą, kupować co chcą, zażywać co chcą i bawić się czym chcą. Na tym polega wolność i wolny wybór.

Was nikt nie zmusza do kupowania pluszaków w Ikei! Nie zmuszajcie innych do postępowania zgodnie z Waszymi przekonaniami! Walczmy razem o życie w wolności wyboru i sumienia!



poniedziałek, 21 lipca 2014

Poznań to piękne miasto. Stare i gospodarne. Tu się nie marnuje ani pieniędzy ani energii. Mieszkańcy są otwarci na ludzi i innowacyjność. Nie można odebrać Poznaniakom pomysłowości.

Radni tak sobie siedli i wymyślili nowoczesny system płatności za transport publiczny. PEKA – bo taką śliczną nazwę dostał – to Poznańska Elektroniczna Karta Aglomeracyjna. Każdy, kto porusza się środkami komunikacji miejskiej może skorzystać z jednorazowych biletów, ale może też mieć taką plastikową kartę PEKA, doładować ją i tym sposobem mieć stały bilet. Także miesięczny czy roczny, ale może być stosowany doraźnie. Ważne, żeby kartę doładować odpowiednią sumą pieniędzy. To doładowanie może nastąpić przez Internet lub w specjalnych punktach.  Po wejściu do tramwaju czy autobusu należy kartę przyłożyć do czytnika i przy wysiadaniu zrobić to samo, a system sam  pobierze, z przedpłaconej karty, odpowiednią sumę pieniędzy. Pomysłowe? Jasne. Pewnie wiele miast korzysta z podobnych systemów. Co prawda nie bardzo sobie wyobrażam to przytulanie karty do czytnika w szczycie komunikacyjnym, z siatami i pakunkami w łapach, ale ja pewnie mało wyobraźni mam. Oraz piętrzę trudności. Oraz szukam dziury w całym.

Start systemu PEKA nastąpić miał 1 lipca. I nastąpił. Żeby otrzymać kartę PEKA trzeb złożyć wniosek i dołączyć zdjęcie. Można to zrobić przez Internet albo w formie papierowej, w specjalnym punkcie MPK czyli Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego, a po wyznaczonym czasie odebrać swój plastikowy kartonik.

Nie obyło się bez kłopotów. Kolejki przed punktami PEKA zrobiły się gigantyczne. Ludzie biorą dzień urlopu z pracy, by móc kartę wyrobić albo ją odebrać. Zdarzyła się też awaria systemu, padły serwery, spaliły zasilacze. Niektórzy mieszkańcy skarżyli się mediom, że system ściąga większe sumy, nie uwzględnia ulg albo w ogóle pieniędzy nie ściąga co mało interesuje kontrolerów biletów zwanych „kanarami”.
W sprzedaży są także bilety jednorazowe (czasowe) jednak z takimi biletami finansowo zupełnie nieopłacalna jest podróż. Dość powiedzieć, że 10 minut to koszt 3 zł. Biorąc pod uwagę, że miasto stoi w korkach… szkoda gadać. Dla tych co często lub codziennie korzystają z transportu miejskiego PEKA jest niezbędna.

Ale to wszystko jest do naprawy, wyregulowania. To jest pikuś. Pan Pikuś.

Prawdziwe jajo podał dzisiejszy fakt.pl

Otóż żeby otrzymać kartę PEKA trzeba posiadać konto i powiązany z nim adres poczty elektronicznej. Nie ma przebacz. Poczta elektroniczna jest niezbędna bo: Adres mejlowy jest identyfikatorem użytkownika i musi być unikalny. Służy do potwierdzania wniosków o wydanie karty, o wydanie duplikatu, zastrzeżenie karty i wszystkich operacji, które wymagają potwierdzenia przez użytkownika. Tak podsumowała tę konieczność Małgorzata Ratajczak z Zarządu Transportu Miejskiego.

Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni. Wystarczy mieć taką jak moja, by pomyśleć o starszej pani, co to sobie dorabia na drugim końcu miasta sprzątaniem, dla której każda złotóweczka to skarb i która wprawdzie widziała komputer, ale w biurze, które sprząta. Kogo to obchodzi?? Ma mieć adres mejlowy. I koniec. Albo wcale nie starszą i niekoniecznie kobietę, ale zwykłego człowieka, co to nie lubi komórek, ze szczególnym uwzględnieniem smarfonów, nie posiada komputera, bo w nosie ma elektronikę, ale chciałby jeździć do swojej pracy, całkiem pozbawionej elektroniki, tramwajem. Mamy ciężko wywalczoną wolność i każdy może lubić co innego i nie ma przymusu posiadania czegokolwiek. Oprócz adresu poczty elektronicznej, rzecz jasna!!

Na tym nie koniec.

Nawet słabi w wyobrażaniu sobie czegokolwiek potrafią jednak puścić wodze fantazji i przywołać obraz hipotetycznej, czteroosobowej na ten przykład, rodziny. Mama, która jeździ do pracy autobusem miejskim, synek 13-to latek, co to dwa przystanki dziennie jeździ do swego gimnazjum oraz córeczka 11-to letnia, która z tatą jeździ tramwajem, gdy ten jedzie do pracy, bo jej szkoła jest tuż pod biurem taty. Wszyscy czworo potrzebują, rzecz jasna, kart PEKA. Tylko, żeby mogli je otrzymać każde z nich potrzebuje osobnego konta użytkownika z przypisanym do niego unikalnym adresem poczty email. Mamy takie, jak niektórzy twierdzą, dobre czasy, że to rodzice decydują o wychowaniu swoich dzieci, oni decydują o rodzaju szkoły, oni dawkują kontakt z Internetem, telewizją, mają wpływ na to z kim ich dzieci się przyjaźnią. Nawet, jak są dość odważni i buńczuczni, mogą napisać oświadczenie, że ich dziecko nie będzie chodziło na lekcje religii (bo teraz już się nie składa deklaracji, że dziecko będzie chodziło na katechezę. Teraz trzeba oświadczyć, że nie będzie, bo bez tego z automatu lekcje religii są obowiązkowe). Jednak w kwestii karty PEKA rodzice to se mogą pofikać i pojęczeć. Muszą dziecku założyć adres email! Jest użytkownik transportu miejskiego? Jest. Chcą starzy przyoszczędzić i kupić miesięczny bilet? Chcą. Chcą mieć możliwość, w razie gdy dziecię kartę zgubi, dostać duplikat? Chcą. No to MUSZĄ założyć dziecku indywidualne konto i utworzyć osobny, niepowtarzalny adres pocztowy.

No i niech mi ktoś powie, że Poznań nie jest nowoczesny, innowacyjny i nie czerpie garściami z nowoczesnej Europy.



wtorek, 03 czerwca 2014

O deklaracji wiary lekarzy słyszeli już chyba wszyscy.

Podpisało ją ponoć ponad 3 tysiące lekarzy, pielęgniarek, studentów, farmaceutów, a sam tekst wyryty na tablicach został zaniesiony przez pielgrzymów na Jasną Górę.

W Polsce rozgorzała dyskusja, często kłótnia, a i pojawiła się fala żartów i żarcików. Wcale się nie dziwię. Fakt manifestacyjnego deklarowania przez lekarzy, że prawa Boskie przedkładają nad prawa ludzkie, bez względu na postęp nauk medycznych, wywołał i we mnie spore emocje. Potem przyszły refleksje. Najpierw to, że tekst deklaracji zaczyna się od zdania:

„Deklaracja wiary

Lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej”

Zwróćcie uwagę, że jest wezwaniem dla lekarzy katolickich i …. wszystkich studentów medycyny. Bez względu na wyznawaną religię bądź ateizm. Gdyby było inaczej zdanie brzmiałoby: „katolickich lekarzy i studentów…” , a przy takim szyku jasnym jest, że studenci, którzy szczęśliwie chcą skończyć studia i zrobić specjalizację muszą się skupić czy przypadkiem ich egzaminatorzy nie są podpisani pod deklaracją. Jeśli tak, niech lepiej też lecą złożyć swój podpis. Tak na wszelki wypadek.

Potem zaczęłam szukać spisu lekarzy, którzy się zdeklarowali, składając swój podpis. Okazało się, że pełna lista nie jest dostępna, bo nad tajemnicą czuwa Ustawa o ochronie danych osobowych. Taki chichot Pana Boga, że prawo ludzkie zadziałało przed boskim.

Wczoraj Wyborcza napisała, że jeden z lekarzy anestezjologów zwrócił się do mediów z prośbą o sprostowanie i pomoc, bo jego nazwisko znalazło się pod deklaracją, choć wcale tego nie chciał. Jest ateistą, a wychował się w prawosławiu. Był gościem Izby Lekarskiej na konferencji „Ból i cierpienie”. W czasie tej konferencji jakieś panie zbierały podpisy. „Jak tłumaczyły, chodziło o poprawianie świadomości lekarzy na temat bólu i cierpienia. I dlatego złożyłem podpis. Była mowa o humanizacji medycyny, o poprawie jakości życia, o problemie medykalizacji życia... Proszę sobie wyobrazić: na schodach w auli podchodzi pani i mówi tego rodzaju rzeczy. Kto tego nie podpisze? A okazało się, że jest to tzw. deklaracja wiary.” – powiedział dziennikarce GW. Dr. Sułkowski całą rzecz nazwał wprost manipulacją. Ciekawe ile jeszcze podpisów pod deklaracją zostało w ten sposób zdobytych?

Już byłam skłonna w swoich rozważaniach wydąć wargi uznając, że cała ta deklaracja to zwyczajne bicie piany, szum medialny, żadne tam zagrożenie i możemy mieć pewność, że lekarze skorzystają z każdej dostępnej metody i z pełni osiągnięć medycyny by nam pomóc, wyleczyć, uratować czy ochronić przed cierpieniem. Ot, kolejna próba manifestacji przywiązania do, nadużywanego i wykorzystywanego jak bat, pojęcia wartości katolickich.

Jednak natrafiłam na tekst, który zmusił mnie do weryfikacji zbyt pochopnego zlekceważenia deklaracji wiary. Każdemu, kto samodzielnie myśli, bez względu na wyznawaną wiarę bądź brak wiary w ogóle, serdecznie polecam chwilę refleksji.

Za zgodą Romskey’a tekst kopiuję w całości:

Aksamitna tyrania

Twierdzenie, że kościół katolicki zamierza przejąć władzę w Polsce wprawiłoby wielu i wiele z Was w nastrój ironiczny. Stwierdzilibyście: „Owszem, KRK stale wtrąca się do polityki, prawa i edukacji dla osiągnięcia jakichś tajemniczych (zapewne materialnych) korzyści – ale przejęcie władzy? To kuriozum. Mamy demokrację, chronią nas prawa międzynarodowe, itd.”. O dziwo, o sile praw międzynarodowych, praw człowieka czy demokracji przekonała się ostatnimi czasy Ukraina, kiedy to w XXI w. dokonano ewidentnego rozbioru niepodległego państwa praktycznie bez wystrzelenia jednego artyleryjskiego pocisku. Czyżby akt przejmowania władzy mógł zajść poza działaniami militarnymi, gospodarczymi, rewolucyjnymi a nawet demokratycznymi?

Wciąż można spotkać się ze stwierdzeniem mówiącym o tym, że Krym jest rosyjski skoro zamieszkują go Rosjanie. Czy podobnie nie można powiedzieć o Polsce, że jest katolicka skoro zamieszkują ją katolicy? Czy rozumiemy czym jest państwowość? Na czym właściwie polega uformowanie Rosjanina, Włocha lub katolika? Na utożsamieniu obiektu formowania z daną społecznością, nauczeniu go języka, wpojeniu ściśle określonych zasad moralnych, norm postępowania. Jak mawiał Woody Allen: „Nie rodzimy się żydami, katolikami czy muzułmanami, tylko przyłączamy się do nich /…/„.

Misjonarstwo katolickie opierało i opiera się na wypełnieniu założenia zawartego w Mt 28:19: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”. Misjonarze docierali do najdalszych zakątków świata stając się nierzadko orędownikami tubylczych ludów ciemiężonych przez lokalnych tyranów. Ckliwe bajania o boskim miłosierdziu, wartości człowieka, wolności, równości czy sprawiedliwości padały na podatny grunt, więc koleją rzeczy były upadki tyranii. Kościół nie pozostawał jednak cichym krzewicielem dobrej nowiny. Nigdy nie zawahał się przypomnieć o swoim wkładzie w proces zmian domagając się sowitego zadośćuczynienia. Duchowni zajmowali wysokie lub doradcze stanowiska państwowe, wspierali proces tworzenia prawa czyniąc w rezultacie wyzwolone ludy radosnymi poddanymi i wiecznymi dłużnikami Stolicy Apostolskiej.

Apostolstwo, misyjność – tylko pozornie wiązały się i wiążą z krzewieniem moralnej poprawności ku zbiorowej uciesze i pomyślności. Tak ulubione w wielu środowiskach słowo „formacja” jest czymś więcej niż staraniem się o wychowanie bogobojnych i przyzwoitych ludzi. Jest formowaniem katolików, którzy mogą w odpowiednim czasie stanąć na wysokości zadania niczym Rosjanie w krymskim referendum. Chcąc chronić państwo i demokrację musimy tym procesom przeciwstawiać się.

Prawo zawsze osadzone jest w jakiejś zbiorowej moralności, a od tak postawionego stanu rzeczy dzieli tylko krok, by przedstawiciele danej upowszechnionej moralności stanowili prawo. Zabieg jest przewrotny, gdyż moralność tym różni się od prawa, że jest dobrowolna, dlatego nie można obywatelom nakazać czy zakazać przyjmowania moralności islamskiej, żydowskiej, buddyjskiej, ateistycznej czy wszelkiej innej. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że możemy nagle obudzić się w państwie, którego prawo oparte zostanie na moralności gwałcącej wyznawane przez nas wartości. Czyż już dziś nie zadajemy sobie zasadnego pytania: „Przecież nikt nie nakazuje katolikom zawierać ślubów gejowskich, stosować antykoncepcji etc. więc dlaczego my, nie będąc katolikami mamy stosować się do katolickich norm, które o zgrozo mają być zapisane w prawie?”. Prawo jest jednym z podstawowych instrumentów sprawowania władzy publicznej(!)

Kościół stwarza osadzone w kreowanej przez siebie moralności pseudotradycje (bardziej widzialne znaki moralności). Nie zdajemy sobie sprawy z tego jak poważnym zagrożeniem są tzw. katolickie tradycje, których nie należy mylić z tradycjami narodowymi. Tradycją staje się m.in. uczestnictwo władz państwowych w obrzędach religijnych. Czyż władze państwowe uznając (choćby nieformalnie ale uczestnicząc w ceremonii) świętość JP, nie odbierają sobie prawa sprzeciwu, gdy np. katolicy zechcą wyznawać i wprowadzać w czyn przedstawianych przez papieża racji choćby wbrew panującemu prawu? Wprowadzanie katolickich tradycji przypomina zawsze ukradkowe zawieszenie pozornie „niegroźnego” krzyża w sejmie i późniejsze stwierdzenie, że obecność takiego krzyża jest tradycyjna, a więc nie należy go zdejmować, a nawet należy powiesić kilka dodatkowych. Tak oto, wbrew fizyce dochodzi do cudownych przemian („słowo ciałem się stało” czy zmienianie wody w wino) gdzie spreparowana moralność i tradycja przeistoczyć się mogą w prawo.

Dostrzegajmy to, że kościół nie odpuszcza żadnej okazji by wystawić na próbę i podważyć siłę państwa, którego jest rywalem a nie sprzymierzeńcem. Czy prokościelne i pseudopatriotyczne przybudówki polityczne zdają sobie z tego sprawę krzycząc o „wolności i niepodległości” lub kąpiąc w rynsztoku państwowe władze, narodowe autorytety? Czy nie daje do myślenia to, że kościół głaszcze antypaństwowych bandytów? Czy kościół nie dysponuje „tituszkami” siejącymi postrach wśród zwolenników obywatelskich wolności, prawa wyboru? Pozbądźmy się złudzeń. Tylko silne państwo jest gwarantem suwerenności i naszych praw, jednak państwo klęka, ulega, zanika. Staje się niewidoczne.

 



17:32, zante62
Link Komentarze (10) »
sobota, 26 kwietnia 2014

W Irlandii, w jednym ze sklepów sieci Sports Direct, w pobliżu półki z butami, na ławeczce przysiadła młoda Polka z dzieckiem na ręku. Przysiadła sobie, bo jej dziecko płakało, więc musiała je nakarmić. Piersią. Podszedł jeden z pracowników sklepu i grzecznie poprosił, żeby wyszła, że obok jest McDonalds, a tam specjalne pomieszczenie, gdzie będzie mogła spokojnie nakarmić swoje dziecko. Młody mężczyzna bardzo przepraszał i tłumaczył, że taka jest polityka jego firmy, że na terenie ich sklepów nie można karmić piersią.
Kobieta opuściła sklep, a kilka dni później pożaliła się jakiejś gazecie jak ją potraktowano i, jak donosi prasa, mówiła ze łzami w oczach: „Nie mogę zrozumieć, dlaczego moje dziecko ma być karane za to, że jest głodne i dlaczego muszę czuć się jak przestępca, gdy chcę nakarmić synka” oraz „położne i lekarze przekonują, że karmienie piersią to najlepsze, co może być dla dziecka. Dlatego czuję się fatalnie w związku z tym, co się stało”.

To zdarzenie miało miejsce w Irlandii, ale w Polsce zdarzają się podobne sytuacje, że matki w miejscach publicznych karmią swoje dzieci.

Generalnie nie mam z tym problemu, jeśli mam się gdzie odwrócić albo odejść. Jednak obrazek taki mnie nie wzrusza, nie rozczula, a żenuje. Nie miałabym ani potrzeby ani odwagi, by mamie zwrócić uwagę, jednak nie chcę być świadkiem naturalnego karmienia obcych dzieci przez obce kobiety i nie widzę powodu, by mnie zmuszać do oglądania takich scen. Podobnie jak nie chcę być świadkiem namiętnych pocałunków par, bez względu na ich płeć. Obie czynności są dla mnie intymnością, których eksponowanie mnie krępuje.

Jednak są ludzie, dla których widok obcej, karmiącej kobiety może być nie tylko krępujący, ale wręcz odrzucający. I wcale nie jest to rzadkością. Kobiecy pokarm jest wydzieliną ciała i przez niektórych jest traktowany na równi z innymi, jak mocz czy smarki.
Nie, nie przesadzam. Są ludzie, którzy nie wchodzą do publicznych toalet tylko dlatego, że nie mogą znieść odgłosów dochodzących z sąsiedniej kabiny albo tacy, którzy powstrzymują odruch wymiotny, gdy w ich pobliżu ktoś głośno wydmuchuje nos.

To, co dla jednych jest wzruszającą scenka rodzajową, nawet, gdy dotyczy obcych ludzi, dla innych może być obojętnym widokiem, a w jeszcze innych budzić obrzydzenie. 

Przestrzeń publiczna jest dla wszystkich. „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”  [Alexis de Tocqueville]      

 

 

 

 

 



23:58, zante62
Link Komentarze (75) »
środa, 02 kwietnia 2014

W styczniu ubiegłego roku do niewielkiego salonu fryzjerskiego w Wałbrzychu weszli inspektorzy ZAiKS. Bynajmniej nie po to, by dać się ostrzyc tudzież ogolić, ale wsłuchać się. Słuchali, słuchali i wysłuchali, że poza szczękiem nożyczek, brzęczeniem golarek i szumem suszarek słychać muzykę z radia. Kontrolerzy zażądali od właściciela salonu wykupienia licencji i dokonywania comiesięcznych opłat z tytułu tantiem dla muzyków oraz zapłacenia odszkodowania na rzecz Związku Artystów i Kompozytorów Scenicznych za dotychczasowe korzystanie z radia. Gdyby muzyki słuchali tylko pracownicy salonu byłoby wszystko OK. Jednak klienci zakładu fryzjerskiego także, siłą rzeczy, słuchają tego, co tam akurat jakaś stacja puszcza w eter. To natomiast, zdaniem ZAiKS-u, pomnaża zarobki właściciela saloniku. Znaczy fryzjer rozpowszechnia cudzą własność intelektualną w celu osiągnięcia korzyści majątkowej.

Marcin Węgrzynowski, właściciel salonu, odmówił zapłacenia czegokolwiek i tym sposobem sprawa wylądowała w sądzie. Za dwa tygodnie odbędzie się kolejna, teraz już ostatnia rozprawa, na której sąd ma ogłosić wyrok. Pan Marcin ma nadzieję, że wyrok będzie dla niego korzystny i nie będzie musiał iść do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Bo w przeciwnej sytuacji, jak powiedział dziennikarzom portalu http://natemat.pl/, na pewno będzie szukał sprawiedliwości w Europie.

Odkąd inspektorzy ZAiKS-u pojawili się w salonie fryzjerskim jego właściciel dołożył wielu starań, by udowodnić, że klienci przychodzą do jego salonu po fryzjerskie usługi, a nie po to, by posłuchać muzyczki, a nade wszystko, że przychodziliby także wówczas, gdyby muzyczki w tle nie było. Zebrał oświadczenia swoich stałych klientów, że przychodzą dla umiejętności fryzjerskich pana Marcina i jego pracowników, a nie na koncerty. Na czas jakiś wyłączył radio, by móc wykazać w sądzie, że obroty jego firmy w owym czasie były bardzo porównywalne z okresem zanim inspektorzy przyszli po zapłatę i zarzucili fryzjerowi „kradzież wartości intelektualnych”. W sądzie udowadniał, że radio przede wszystkim umila czas pracy pracownikom, ułatwia ją także częste podawanie przez spikera aktualnej godziny.

Natomiast nie zgodził się z twierdzeniami przedstawicieli Związku, że umilając klientom czas spędzony w salonie muzyczką z radia wzbogaca w ten sposób ofertę swojej firmy, a więc czerpie dodatkowe korzyści finansowe.

Mam nadzieję, że wałbrzyski fryzjer wygra z ZAiKS-em.
Taki finał podpowiada zdrowy rozsądek. Bo czy jak idziecie do ginekologa, to wybieracie tego, który puszcza muzyczkę z radia? A u dentysty czujecie się doopiekowani, gdy w gabinecie słyszycie melodyjkę z radia? Znieczulenie mocniej działa i dlatego będziecie do tego stomatologa wracać?

To może ja też powinnam płacić ZAiKS-owi? Gdy nasz Synuś był nastolatkiem, a my, rodzice, na czas jakiś opuszczaliśmy dom, to po powrocie poznawaliśmy sąsiadów. Przychodzili do nas podzielić się doznaniami, jakich dostarczał im Synuś poprzez puszczanie muzyczki w maksymalnej dawce decybeli. On rozpowszechniał, a my osiągaliśmy wartość dodaną – poznawaliśmy nowych, wściekłych ludzi.

P.S. Fryzjer z Wałbrzycha wygrał proces z ZAiKS-em. Komentując wyrok powiedział:
- Pokazaliśmy, gdzie leży prawda. Fryzjerzy nie zarabiają na puszczaniu muzyki, a na fryzjerstwie - na tym na czym się znają.

Natomiast adwokat ZAiKS-u wyrok określił "smutną wiadomością dla polskich twórców".



 
1 , 2 , 3 , 4